Pierwsze prawo medycyny Colemana – Nowe symptomy spowodowane są otrzymywanym leczeniem.

Dr Vernon Coleman

Dr Vernon Coleman

Znacie pewnie drodzy widzowie anegdotę o pacjencie biorącym różnokolorowe tabletki. Początkowo sądziłem, że to ja dawno już temu wymyśliłem tę anegdotkę, ale okazało się, że jest to mający już ponad 100 lat gag z musicalu.

„Czerwoną tabletkę biorę na niestrawność” – mówi mężczyzna. „Niestrawność powodowana jest przez tabletkę niebieską, którą biorę na bóle głowy powodowane przez zieloną tabletkę, którą biorę na swędzenia spowodowane przez tabletkę czerwoną”.

Coś w ten deseń. Kilka lat temu stworzyłem listę 12 praw medycyny mającą na celu pomóc uzyskać pacjentom najlepszą możliwą pomoc od lekarzy i szpitali.

Prawa te stały się podstawą do napisanie przeze mnie książki pt. „Prawa Colemana”. Teraz zdecydowałem się nagrać serię krótkich materiałów kolejno przedstawiających te prawa.

Drugie prawo medycyny Colemana – Testowanie jest bezużyteczne, chyba że wynik będzie rzutował na decyzje odnośnie leczenia.

Pierwsze prawo medycyny Colemana

 

W niniejszym materiale zamierzam zająć się Colemana 1. prawem medycyny, które głosi, że jeśli pojawiają się u ciebie nowe objawy, to należy przypuszczać, że są one efektem leczenia, któremu jesteś poddawany obecnie. To właśnie postuluje 1. prawo (medycyny) Colemana.

Lekarze notorycznie nieskorzy są do pogodzenia się z faktem, że metody leczenia przez nich stosowana mogą mieć negatywne skutki.

W USA rejestruje się mniej niż 1% NOPów – Harvard Pilgrim Health Care
System monitorowania bezpieczeństwa szczepionek ledwo zipie, w czasie gdy miliony ludzi się szczepi w USA.
Anafilaksja po szczepieniu ~1% zgłaszane jako NOP

 

Powodów takiego stanu rzeczy jest szereg. Po pierwsze, najczęściej w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, jak niebezpieczne mogą być leki. Lekarze raczej nie zaprzątają sobie głowy wnikliwym studiowaniem ulotek informacyjnych dołączanych do leków przez producentów.

Po drugie, obawiają się ewentualnych pozwów sądowych. I w końcu mamy do czynienia z ludzką skłonnością do unikania odpowiedzialności w sytuacji, gdy coś kończy się niepowodzeniem lub nie tak jak się zakładało.

Przyznanie, że u pacjenta wywołana została choroba to jednocześnie przyznanie faktu, że lekarz jest tylko człowiekiem i też błędy popełnia. Ponieważ lekarze praktycznie nigdy nie dopuszczają myśli, że przepisany przez nich lek mógł wywołać uciążliwe czy niebezpieczne efekty uboczne, bardzo niewiele przypadków chorób wywołanych przez leki zgłaszanych jest do stosownych organów monitorujących, których celem jest zbieranie informacji i ocena efektów ubocznych wywołanych przez leki.

Ile to jest „bardzo niewiele”? Prawdopodobnie nie więcej, jak 1 proc. wszystkich przypadków.

To umożliwia lekarzom i koncernom farmaceutycznym twierdzenie, że leki są zupełnie bezpieczne. Oczywiście słowo „bezpieczne” należy rozumieć relatywnie.

Choć [oficjalna] liczba zgłaszanych przypadków takich efektów ubocznych jest absurdalnie niska, obecnie lekarze stanowią oficjalnie jedną z trzech głównych przyczyn zgonów i uszkodzeń ciała pacjentów na świecie.

Zajmują podium obok nowotworów oraz chorób układu krążenia, takich jak problemy z sercem czy udar. Problem w tym, że te efekty uboczne są znacznie powszechniejsze, niż się nam i lekarzom wydaje. 4 na 10 pacjentów stosujących leki na receptę takich efektów doświadcza.

Jatrogenia

Niektóre z tych efektów ubocznych mają charakter lekki, a inne uciążliwy, ale wiele z nich stanowi zagrożenie dla życia i zdrowia. Efekty uboczne leków mogą i często objawiają się wtedy, kiedy najmniej się ich spodziewamy. Nikt z nas nie jest bezpieczny. Zarówno pacjenci, jak i lekarze zazwyczaj raczej gdzieś na samym końcu rozważają prawdopodobieństwo, że to efekty uboczne leków mogą być przyczyną nowych objawów. Mamy tendencję do zapominania lub niedoceniania tego zagrożenia.

Gdy uszkodziłem sobie staw barkowy, stosowałem aspirynę by zniwelować zapalenie. Podczas podróży do Francji stosowałem aspirynę od lokalnych producentów, która rozpuszczała się w wodzie znacznie szybciej, niż ta nabyta w Anglii. Stan mojego barku stopniowo się poprawiał. Potem pojawił się kolejny problem – zacząłem odczuwać mocny ból w lewej łydce. Żona zadała otwarte pytanie, czy czasem nie jest to spowodowane tą [francuską] aspiryną. Zignorowałem jej hipotezę, ponieważ stosowałem bardzo małą dawkę aspiryny już od dłuższego czasu i nie było żadnych problemów. Ponieważ ból pojawiał się podczas chodzenia, moim pierwszym przypuszczeniem były potencjalne zakrzepy, które blokują drożność tętnic w nodze, ale ciśnienie było w normie, więc zastawiałem się nad zakrzepicą żył głębokich. Ale i to wydawało mi się mało prawdopodobne, gdyż aspiryna to dobry środek przeciwzakrzepowy. Porównałem bolącą łydkę z tą sprawna używając krawata w miejsce miary krawieckiej, której nie posiadałem. Boląca łydka nie była obrzęknięta. Poza tym ból miał charakter zbliżony do skurczu. Ledwo spałem tamtej nocy. Co mogło być przyczyną tak silnych skurczów mięśni? Wtedy przypomniałem sobie, że alkaloza metaboliczna to także jedna z potencjalnych przyczyn skurczów. Dlaczego jednak miałbym nagle cierpieć z powodu alkalozy? Moja żona nadal grzecznie dawała mi do zrozumienia, że to być może od aspiryny, sprawdziłem więc opakowanie tabletek i okazało się, że obok aspiryny tabletki te zawierały także wodorowęglan sodu. Składnik ten miał na celu przyspieszenie rozpuszczania się tabletki w wodzie. Choć stosowałem małe dawki, było to wystarczająca ilość, by wodorowęglan sodu wywołał alkalozę oraz skurcze. Odstawiłem aspirynę i skurcze minęły.

I tak powstało Colemana 1. prawo medycyny, które głosi, że jeśli masz problem zdrowotny wymagający leczenia i jednocześnie pojawiają się nowe objawy, to te objawy są najprawdopodobniej spowodowane przez otrzymywane leczenie.

Jak podaje czasopismo The Journal of American Medical Association, reakcje na leki na receptę i bez recepty są przyczyną większej ilości zgonów rocznie, niż stosowanie wszystkich nielegalnych medykamentów łącznie.

Wiele z najpopularniejszych leków wchodzi na rynek po uprzednich badaniach prowadzonych na relatywnie małej grupie osób. Rozważmy takie badanie prowadzone na próbie 100 osobowej. Jeśli na ten przykład po zażyciu leku umiera 1 osoba na 1000, wysokie są szanse, że badanie kliniczne prowadzone na grupie 100 osobowej nie wykażą niczego niepożądanego, ale jeśli lek uznawany za bezpieczny i powszechnie przepisywany 10 mln osób na całym świecie, to biorąc uwagę nasze hipotetyczne prawdopodobieństwo zgonu, umrze 10 tysięcy osób. Tego typu rzeź jest akceptowalna w sytuacji, gdy lek ten może ratować życie i jest przepisywany wyłącznie pacjentom, dla których jest to jedyna szansa na przeżycie. Jeśli jednak lek ten jest przepisywany na schorzenia nie zagrażające życiu pacjenta, jak np. katar sienny, to te wszystkie zgony są nieusprawiedliwione.

Znajomemu przepisano lek o nazwie Prochloperazyna. Kilka godzin po zażyciu leku znajomy miał zawroty głowy podczas wstawania oraz pojawił się nowy objaw w postaci ataksji, czyli trudności w kontrolowaniu ruchów ciała. Znajomy zadzwonił do lekarza i opisał swój przypadek. Lekarz natychmiast postawił nową diagnozę i powiedział znajomemu, że być może ma guza mózgu. Lekarz zwiększył dawkę Prochloperazyny i zapisał znajomego na tomografię mózgu. Kiedy nudności i ataksja zaczęły się nasilać, żona znajomego zadzwoniła do mnie i opisała mi sytuację. Zalaną łzami – cóż się dziwić – małżonkę znajomego zapytałem, czy mąż bierze Prochloperazynę, by się upewnić. Żona odpowiedziała, że owszem i lek zdaje się w ogóle nie pomagać. Powiedziałem jej, by mąż zaprzestał branie leku. Proszę, niech mąż przestanie brać Prochloperazynę. Kilka godzin po zaprzestaniu stosowania leku zawroty głowy i ataksja minęły. Oczywiście znajomy nie miał guza mózgu. Oba te opisane objawy znajdują się na liście potencjalnych efektów ubocznych Prochloperazyny.

Oto kolejna historia z życia wzięta odnośnie efektów ubocznych leków. Starszy mężczyzna zgłosił się do lokalnej przychodni narzekając na płytkość oddechu. Pielęgniarka poprosiła go o dmuchnięcie w spirometr. Spirometr to proste urządzenie służące do badania objętości płuc. Nasz pacjent dmuchał z całych sił, ale na nic się to zdało. Spirometr nic nie wykazał i na bazie tego pojedynczego testu pielęgniarka wywnioskowała, że mężczyzna cierpi na zespół przewlekłej obturacyjnej choroby płuc (POChP). Postawienie takiej właśnie diagnozy było głupotą, nie mówiąc już o zagrożeniu dla zdrowia pacjenta. Jeśli mój czytelnik – ów mężczyzna był moim czytelnikiem, jeśli czytelnik zacisnąłby dłonie wokół gardła tej pielęgniarki, ona także nie byłaby w stanie dmuchnąć w spirometr, ale nie było by to bezpośrednim dowodem, że cierpi na POChP. „Codzienne ma pan napady kaszlu i zbiera się flegma w ustach, prawda?”, – zapytała podchwytliwie pielęgniarka. „Nie” – odpowiedział czytelnik. „O, ale to bez znaczenia” – powiedziała pielęgniarka. „I tak wpiszę Panu, że cierpi Pan na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc”. Nasz bohater nie wykazywał jakichkolwiek innych objawów POChP i jego historia medyczna nie wskazywała, jakoby na takie schorzenie był narażony. Pielęgniarka zadowolona ze swojej diagnozy skorzystała ze swojego prawa do przepisywanie leków i zapisała mężczyźnie sterydy w aerozolu. Sterydy to oczywiście silne i równie niebezpieczne środki, i winny być przepisywane wyłącznie w sytuacjach, gdy jest to konieczne. Ponieważ bohater tej historii nie cierpiał z powodu POChP, sterydy nie poskutkowały. Pielęgniarka zatem przepisała mu preparat zawierający sterydy oraz dodatkowy środek chemiczny. Ponieważ diagnoza była kompletnie chybiona, środek ten również nie przyniósł oczekiwanych efektów. Nasz bohater ponownie zwrócił się do pielęgniarki i powiedział, że przepisany lek nie działa, w odpowiedzi na co pielęgniarka podwoiła dawkę. Kiedy nasz bohater nabawił się migotania przedsionków, znany efekt uboczny potencjalnie śmiertelnej mikstury jaką mu przepisano, wtedy przyjął go lekarze i przepisał mu digoksynę w celu ustabilizowania migotania komór. Lekarzowi nie przyszło do głowy, by odstawić pacjenta od leku powodującego to migotanie, najprawdopodobniej dlatego, że nie wiedział nawet, że lek ten takie skutki uboczne może wywoływać. Na nieszczęście digoksyna spowolniła bicie serca pacjenta na tyle, że zaczął odczuwać bóle w klatce piersiowej. Lekarz, zapewne obawiając się, że digoksyna może spowolnić obieg krwi w organizmie i spowodować zakrzepy, które z kolei wywołają atak serca, przepisał naszemu bohaterowi warfarynę, by powstrzymać powstawanie zakrzepów. Problem z oddychaniem u naszego bohatera nadal nie został rozwiązany, więc wykonano mu prześwietlenie, które wykazało, że upadek naszego pacjenta, który miał miejsce kilka tygodni wcześniej poskutkował złamaniem kilku żeber. To było właśnie przyczyną problemów z oddychaniem. Nasz bohater na tym etapie przyjmował sterydy, digoksynę i warfarynę, trzy silne leki i jego stan był znacząco gorszy niż w chwili, gdy zgłosił się do pielęgniarki. Oczywiście lekarz prowadzący nie był w stanie przyjąć do wiadomości, że przepisany przez niego lek był przyczyną tego migotania i w konsekwencji wymagało to podania pacjentowi digoksyny i warfaryny.

To trochę tak, jakby argumentować, że gdy osoba otrzymuje cios młotkiem w głowę, to powstały w jego skutek ból głowy niekoniecznie jest związany przyczynowo-skutkowo z tym pierwszym zdarzeniem, czy argumentowanie, że fakt złamania nogi po upadku ze schodów to tylko zbieg okoliczności. Lekarze, którzy przepisali leki, a które wywołały efekty uboczne, rzadko przyznają, że może istnieć związek pomiędzy lekiem przez nich przepisanym, a pogorszeniem się stanu pacjenta.

Lekarze preferują jakiekolwiek inne wyjaśnienie byle nie to jakże niepożądane, że pacjent zachorował z powodu efektów ubocznych leku [jatrogenia], ponieważ byłoby to równoznaczne z przyznaniem, że to wina lekarza, wraz ze wszystkimi tego prawnymi i moralnymi.

Jatrogenia kliniczna – Epidemie współczesnej medycyny, szkody na zdrowiu wynikłe z działań lekarzy – Ivan Illich

Każde przepisanie leku pacjentowi wiąże się z ryzykiem pojawienia się efektów ubocznych wywołanych przez tenże lek. Gdy pacjentowi przepisane zostaną dwa leki, każdy z tych leków może wywołać efekty uboczne. Ale jest jeszcze jeden, zazwyczaj niedoceniany problem, że wiele leków źle znosi interakcje z innymi lekami.

W przypadku przyjmowania dwóch leków ryzyko pojawienia się przykrych lub śmiertelnych efektów ubocznych jest znacznie wyższe, niż w przypadku łączonego ryzyka dla każdego z tych leków z osobna. Przyjmowanie dwóch leków na receptę to jak mieszanie brandy z czerwonym winem, a w przypadku trzech to jak mieszanie brandy, czerwonego wina i szampana.

Wielu pacjentów przyjmuje 6,8,10 czy nawet 12 różnych leków jednocześnie. Koncerny farmaceutyczne, które niekiedy mi się zdaje, że zarabiają na „tworzeniu” chorób, jeszcze pogarszają stan rzeczy produkując tzw. leki łączone, które zawierają dwa lub więcej substancji czynnych w jednej tabletce czy kapsułce.

„Szacuje się, że tylko od 10 do 20 % wszystkich procedur medycznych, obecnie stosowanych w praktykach lekarskich, okazało się skuteczne w badaniach z grupą kontrolną.Dr Kerr L. White, Assessing the Efficacy and Safety of Medical Technologies. Sierpień 1978. Office of Technology Assessment (OTA)

Tylko około 15% interwencji medycznych jest poparte solidnymi dowodami… Po części dlatego, bo tylko 1% artykułów w czasopismach medycznych jest faktycznie naukowych i częściowo dlatego, bo wiele kuracji w ogóle nie zostało sprawdzonych.” Where is the wisdom…? Dr Richard Smith, Redaktor, BMJ. 1991 Oct 5; 303(6806): 798–799. https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1671173/

Jedyna zaleta takiego rozwiązania to to, że w ten sposób mogą lepiej wywoływać u ludzi choroby i oczywiście takim chorym osobom podaje się kolejne tabletki w ramach kolejnego leczenia.

Ostrzeżenie: w przypadku przyjmowania leku nie ignorujcie pojawiających się u was nowych objawów. Natychmiast zgłoście się do lekarza, nie powinniście zaprzestać brania leku bez uprzedniej konsultacji z lekarzem czy lekarką.

Niektóre efekty uboczne są lekkie i niegroźne i jeśli lek działa skutecznie, kontrolując poważną lub stanowiącą zagrożenie dla życia chorobę, to te efekty uboczne dużego znaczenia mieć nie będą. Jednakże są i takie efekty uboczne, które są śmiertelne. Wiele z tych tysięcy pacjentów, którzy zmarli w tym roku nadal by żyło, gdyby podjęli stosowne działania wcześniej, kiedy pojawiły się efekty uboczne.

Obsesja lekarzy i medyków na temat leków powoduje, że wiele z lekarzy wciąż traktuje efekty uboczne jako przyczynek do wypisania recepty na kolejny lek. Skutek jest taki, że milionom pacjentów na całym świecie regularnie podaje się leki mające zwalczać efekty uboczne wywołane innymi branymi przez nich lekami. Początkowe schorzenie być może minie, ale objawy wywołane przez leki będą nadal się utrzymywać. Więc proces, gdzie pacjent otrzymuje leczenie jakiejś jednej przypadłości i zgłasza się do lekarza z nowymi objawami trwa, i otrzymuje on receptę na kolejny lek.

Dzieje się tak dlatego, że większość lekarzy nie zna pierwszego prawa medycyny Colemana. Jak mniemam, to właśnie ta podstawowa ignorancja wzmacniana tylko przez zbyt duże zaufanie pokładane w przemysł farmaceutyczny wyjaśnia fakt, że niektórzy lekarza wykazują się inteligencją i percepcją na poziomie mebla pokojowego.

„Mam wrażenie, że dzisiaj studenci nie uczą się, jak leczyć ludzi, tylko jak zdawać testy. I niektórzy, niczym mistrzowie rebusów, są w tym naprawdę nieźli. Od razu znajdują tzw. klucz. Nie potrafią spokojnie pogadać, dociekać, stawiać właściwe pytania ani słuchać odpowiedzi. Najlepiej „ABCD”, bo to daje efekty i jest bezpieczne dla obu stron. Taki system premiuje lekarskiego robota, dla którego empatia, kontekst społeczny czy sytuacyjny, komunikaty pozawerbalne, uczucia, emocje, zwykła ludzka konwersacja to kompletna abstrakcja. A dla niektórych wręcz dopust boży.” – Źródło: Puls Medycyny, Marek Stankiewicz: Dzisiaj studenci nie uczą się, jak leczyć ludzi, tylko jak zdawać testy.

Problem jest tak powszechny, że uważam, iż każdy lekarz czy lekarka pragnąca zrobić błyskawiczną karierę jest w stanie szybko nabić sobie świetne statystki wyleczeń pacjentów po prostu docierając do pacjentów i zachęcając ich, by odstawili przepisane im leki.

Jak sądzę, można pokusić się o zachowawczą prognozę wskazującą na dramatyczną i długotrwałą poprawę zdrowia u ok. 1/3 pacjentów, którzy zdecydują się odstawić tabletki.

Pragnę podkreślić, że zaprzestanie brania lub zmniejszenie dawki tabletek musi zostać dokonane po konsultacji i pod nadzorem osoby wykwalifikowanej. Leki te mogą okazać się niezbędne, a w przypadku niektórych ograniczanie dawki musi odbywać się stopniowo i powoli, aby uniknąć niebezpiecznych efektów spowodowanych odstawieniem leków.

I na koniec, nie ufajcie lekarzowi czy komukolwiek innemu, który mówi wam, że żaden lek nie wywołuje jakichkolwiek efektów ubocznych. Jeśli lekarz wam tak powie, zalecam jak najszybsze opuszczenie jego gabinetu i nigdy już nie wracać.

Dziękuję za wysłuchanie starszego pana w fotelu.

Zobacz na: Bezwzględna redukcja ryzyka: Twoja tajna broń w ocenie literatury medycznej – Prof. Brandon Dyson
Jak lekarze mogą uczynić zdrowe dzieci chorymi – Robert S. Mendelsohn
„Wyznania medycznego heretyka” – dr Robert S. Mendelsohn

Ignorancja i uprzedzenia w medycynie – dr Vernon Coleman
Co robić, żeby lekarz cię nie zabił – dr Vernon Coleman
Tylko 6% materiałów reklamowych dotyczących leków jest poparte dowodami – Annette Tuffs

Pierwsze prawo medycyny Colemana [napisy PL]

https://rumble.com/vjwbjq-pierwsze-prawo-medycyny-colemana-nowe-symptomy-spowodowane-s-otrzymywanym-l.html

Dlaczego lekarze są większym zagrożeniem niż broń palna. [Lektor]

%d bloggers like this: