TED Talks: choroby które warto rozprzestrzeniać

TED Talks: choroby, które warto rozprzestrzeniać - Forrest Maready

TED Talks: choroby które warto rozprzestrzeniać

 

TED Talks – głos nauki, technologii i postępu. Bezustanne zachęcanie do wielbienia wszelkich cudów ludzkiej ręki. Pracuję nad nową serią, którą nazywam roboczo „Odrzucone wystąpienia w ramach TED Talks”. Będzie to prezentacja wszystkich tych rzeczy, za które ludzkość się zabrała i poniosła przy tym spektakularną porażkę.

Właściwie to jestem fanem TED Talks, nie zrozumcie mnie źle. Jestem fanem nauki i technologii, ale oni potrzebują niezwłocznie zatrudnić jakiegoś rzecznika, autorytet, który potrafi obiektywnie spojrzeć na wszystko to, co ludzkość stworzyła. I dotyczy to nie tylko kwestii „nanolekarzy”, ale także „nanocierpienia”.

Tak czy inaczej, TED może pochwalić się kilkoma wystąpieniami na temat autyzmu, z których większość niestety przedstawia tę przypadłość jako dar, który należy docenić lub są to po prostu historie ludzi dzielnie zmagających się z tą przypadłością.

Jestem sceptyczny w kwestii tego, czy są oni w stanie spojrzeć obiektywnie na przyczynę autyzmu. Możecie sobie wyobrazić szok, którego doznałem, gdy zobaczyłem, że TED opublikował niedawno jeden z tych „histerycznych materiałów” na temat szczepionek. Jestem zaskoczony faktem, że nie publikują  tego typu artykułów wręcz codziennie.

Szczepionki to ulubiony przykład i kamień węgielny wszystkich tych, którzy wierzą w to, że ludzkość jest w stanie przechytrzyć Matkę Naturę. Mając na względzie wzrost liczby takich narzekających idiotów, jak ja, kwestionujących to, czy szczepionki  to rzeczywiście taka za**bista rzecz, można było się spodziewać, że w końcu zapragną skierować nas głupków na jedyne słuszne tory.

TED Talks: choroby, które warto rozprzestrzeniać

Why (some) parents don’t vaccinate https://ideas.ted.com/why-some-parents-dont-vaccinate/

We wstępie czytamy:

„Niczym mityczna Hydra, opinia publiczna zieje gniewem w stronę rodziców nieszczepiących swoich dzieci. Jednak takie ślepe potępianie nie dotyka sedna problemu, wyobcowując tym samym troskliwych rodziców pragnących tylko, by ich pociechy były bezpieczne.”

Na początku wydawało mi się, że przeczytam ten artykuł z przyjemnością, gdyż jak się wydawało, autorka obrała inne podejście do zagadnienia, bardziej  empatyczne, niż typowa nienawistna retoryka wymierzona w antyszczepionkowców.

O autorce mogłem powiedzieć, że jest czułą i empatyczną osobą, która chce robić to, co słuszne. Chciałem pogratulować jej za to oryginalne podejście, ale niestety artykuł ten przekształca się w tak szablonowy pro szczepionkowy artykuł jak to tylko jesteś w stanie sobie wyobrazić.

 

Choroby które warto rozprzestrzeniać

 

Na poważnie, co raz bardziej skłaniam się do sądu, że stosują oni jeden algorytm do pisania tego typu artykułów. Jakie wytyczne muszą spełniać artykuły na ten temat?

Oto one:

  1. Wspomnij o „odporności stada”.
  2. Przytaczaj przerażające statystyki o jakiejś chorobie sprzed 50 lat, bądź chorobie szalejącej na terenie jakiegoś kraju Trzeciego Świata. Przedstaw je jako istotne z punktu widzenia poruszanego tematu.
  3. Wspomnij o brytyjskim lekarzu Andrew Wakefieldzie i jego wycofanym z publikacji artykule.
  4. Wspomnij o epidemii odry w Disneylandzie jako dowodzie na to, że brak szczepień stanie się przyczyną zagłady świata.

Spójrzmy, w jakim stopniu artykuł ten spełnia powyższe kryteria. Na początek, nie byli w stanie napisać pierwszego akapitu bez poruszenia epidemii odry mającej źródło w Disneylandzie. Jeśli nieszczególnie interesowaliście się tą sprawą, była to epidemia podobna do wszystkich wcześniejszych epidemii odry na przestrzeni dziejów, pojawiających się jeszcze przed szczepionkami. Objawy to gorączka, wysypka i zero przypadków śmiertelnych. Różnica była natomiast taka, że większość przypadków odry w Disneylandzie dotyczyła osób, które były szczepione przeciwko tej chorobie. Ewidentnie winnymi tej sytuacji są antyszczepionkowcy.

Autorka wyznaje, że zrezygnowała kiedyś ze szczepienia swego dziecka przeciwko WZW typu B. Jak twierdzi:

„Nie byłam głupia czy niedouczona – sytuacja ta miała miejsce w czasie, kiedy byłam na studiach.”

No cóż, nie wiem w jakim stopniu przygotowało Cię to do podjęcia świadomej decyzji dotyczącej szczepienia dziecka, mając na uwadze fakt, że nawet studenci medycyny mają tak mało godzin zajęć z tej tematyki.

Edukowanie lekarzy o szczepionkach to trening posłuszeństwa

Czy masz wystarczające kwalifikacje, aby mieć opinię na temat szczepień?

No ale, co tam… Pisze dalej:

„Byłam przestraszona, podobnie jaki setki innych rodziców.”

Wydaje mi się, że autorka chce przekazać nam, że jest inteligentną matką, która głęboko troszczy się o swoje dziecko, a jej instynkt macierzyński podpowiadał jej, że szczepionka przeciw WZW B nie powinna być podawana jej niemowlakowi.

Pochwalam ją za zaufanie swojemu instynktowi… na jakiś czas przynajmniej.

Dwa miesiące później potulnie zgodziła się zaszczepić swoje dziecko przeciw WZW typu B. Zapewne podjęła taką decyzję w wyniku nieustannej presji i ośmieszania ze strony placówki usług medycznych do której chodziła ze swoim dzieckiem. Obecnie jej się odmieniło i ma ewidentnie bzika na punkcie szczepionek. Pisze dalej:

„(…) musimy obnażać procesy leżące u podstaw lęków ludzi – lęków, które nie mają żadnych podstaw naukowych.”

Tu artykuł zaczyna się sypać. Nie jestem w stanie uwierzyć, że autorzy takich artykułów ferują tego typu tezy z pełną powagą. Takie sformułowania pokazują, jak bezzasadne są takie zarzuty. To wręcz brzmi jak akt desperacji.

Kieruję to do tych, którzy niekoniecznie przykładają uwagę do tego typu spraw.

Że niby szczepionki są bardziej pomocne, niż szkodliwe.

Że niby szczepionki są na tyle skuteczne, że warto je stosować.

I że niby szczepionki są wręcz konieczne.

Każda z tych kwestii zna setki artykułów naukowych, w których są one wprost kwestionowane. To, czy się z tymi artykułami zgadzacie czy nie, czy należą one do większość publikacji w tym temacie, czy nie, nie szufladkuje tych publikacji do kategorii „nieistniejące”.

One istnieją bez względu na to, czy wam się to podoba, czy nie. Twierdzenie, że lęki tych rodziców nie są poparte ŻADNYMI dowodami naukowymi to wierutne kłamstwo.

Publikacji naukowych na ten temat jest mnóstwo. W istocie jestem pod wrażeniem ich ilości mając na uwadze fakt, że otrzymanie funduszy na badania, które mogłyby choć minimalne podważyć status szczepionek graniczy z niemożliwością. Można powiedzieć inaczej: lęki te są sprzeczne z konsensusem naukowym.

Natomiast twierdzenie o braku podstaw naukowych oznacza, że stawiacie się w jednym szeregu ze ”szczepionkowymi popychadłami”, albo jesteście ignorantami wobec tych danych, albo wiecie o ich istnieniu, ale świadomie je pomijacie.

Wybierzcie jedną z tych postaw i dajcie znać ludziom kim jesteście.

Autorka dokonuje dalece nieudanej próby powiązania antyszczepionkowców z epidemią w Disneylandzie jako konsekwencji spadku liczby szczepień w najlepszych szkołach w Hollywood, gdzie zamożni i wykształceni rodzice rezygnują ze szczepień swoich dzieci w zastraszającym tempie.

Jestem ciekaw, co oni wiedzą, a czego nie wie autorka. I, jak mniemam, wszystkie te szkoły z Hollywood w tym samym tygodniu zorganizowały wycieczki do DisneyWorld w Anaheim?

To właśnie było przyczyną zachorowania tych wszystkich osób, które były szczepione przeciwko odrze?

Czytamy dalej:

„Epidemia w Disneylandzie zwraca naszą uwagę na ogromny problem występujący w całych Stanach Zjednoczonych: chodzi o te skupiska z całej populacji, gdzie rodzice decydują się nie szczepić swoich dzieci, gdzie odsetek szczepień spadł do niepokojąco niskiego poziomu.”

Staram się nie zagłębiać zbyt głęboko w temat tej epidemii, ale to już jest jakiś obłęd. Epidemia w Disneylandzie nie zwróciła naszej uwagi na nic poza tym jak kiepska jest szczepionka w zapobieganiu zachorowaniu. Tylko dlatego, że wśród najlepszych szkół prywatnych w Hollywood istnieje skupisko nieszczepionych dzieci oraz że istnieje inne takie skupisko dzieci w Kolorado, nie można wnioskować, że ma to cokolwiek wspólnego z epidemią odry w Disneylandzie.

Z całej tej sytuacji wynika tylko tyle, że większość zarażonych osób była szczepiona przeciwko odrze i ta szczepionka okazała się niestety nieskuteczna. Na ich miejscu przestałbym wracać do kwestii epidemii w Disneylandzie, gdyż podkreśla ona tylko jak  nieskuteczną i krótkotrwałą ochronę ta szczepionka zapewnia.

A będąc już w temacie epidemii odry należy przypomnieć, że zanim wynaleziono szczepionki, celowo zarażano dzieci tą chorobą. Nie lękaliśmy się odry.

Epidemia – to brzmi groźnie, ale temat 150 osób zarażonych odrą 50 lat temu nie znalazłby się nawet na stronie nr 64 dziennika USA Today. Prędzej już napisano by o dzieciaku, który zatruł się naftaliną. I dalej:

„Żyjemy obecnie w czasach, kiedy jesteśmy w stanie pokonać ponad dwa tuziny różnych chorób, które kiedyś przyczyniały się do śmierci milionów osób. Jednym z największych zagrożeń dla zdrowia publicznego nie są same choroby, lecz nieufność wobec szczepień.”

Chwileczkę. Dwie uwagi.

„Kiedyś zabijały miliony” – czyli kiedy, jakieś 200 lat temu na innych kontynentach?

Jak wyglądała kwestia walki z odrą jakieś 50 lat temu? Śmiertelność wynosiła wtedy blisko zero.

Szczepienia i wykresy śmiertelności

Jak można pokonać chorobę, która zabija zero osób? Co się stało z odrą? A np. ospa wietrzna, świnka, błonica, krztusiec? Spójrzcie na wykresy śmiertelności dla tych chorób. Przed wprowadzeniem szczepionek śmiertelność w tych przypadkach wynosiła znów blisko zero.

Czy nie „pokonaliśmy” tych chorób na długo przed tym, jak upowszechniły się szczepionki? Druga sprawa.

„Największym zagrożeniem dla zdrowia publicznego nie są choroby, ale nieufność wobec szczepień?”

Chwila… Twierdzicie, że to nie choroby są największym zagrożeniem dla zdrowia publicznego? Owszem, nie stanowiły one większego zagrożenia przez dekady. To wy stworzyliście machinę strachu lansując choroby, o których nikt prawie nie słyszał… Tak na marginesie, moim zdaniem największym zagrożeniem dla zdrowia społecznego są choroby serca, rak i błędy lekarskie. Jestem przekonany, że szczepionki nie mają z tym nic wspólnego.

Podobnie jak wszelacy obrońcy szczepionek i autorzy innych histerycznych artykułów na temat szczepionek, autorka wyciąga najsilniejszą kartę [„trumfa”]: „odporność stada” jako uzasadnienie powszechnych szczepień.

Uczono nas, iż szczepienia w dzieciństwie dają dożywotnią odporność… jednak nie – dr Russell Blaylock

Uważam za zabawne to, że tyle razy wspomina się o odporności stadnej i epidemii w Disneylandzie w jednym artykule. Nie ma lepszego i bardziej oczywistego dowodu na to, że indukowana szczepieniami odporność stadna po prostu nie działa.

Autorka wspomina w artykule o statystyce wyszczepialności szczepionką MMR wynoszącej około 94% w skali kraju. O odporności stadnej planuję zrobić osobny filmik, ale podam kilka faktów.

Początkowo teoria zakładała, docelowo 63% zaszczepionych jako wystarczającą ilość do zapewnienia pełnej ochrony populacji. Cóż, po 50 latach nawet ponad 94% zaszczepionych  to wciąż za mało, nie zapobiega to epidemiom odry. Jaki więc odsetek zaszczepionych jest wystarczający?

Chiny mogą się pochwalić 99-100% poziomem wyszczepialności populacji i zgadnijcie co? Też mieli do czynienia z epidemiami podobnymi do tej. Autorka pisze:

„Szczepienie populacji na szeroką skalę redukuje możliwość rozprzestrzeniania się choroby.”

Fałsz.

Dr Humphries – „Odporność Stada” i Odra Poszczepienna

 

Dr Humphries – Odra Poszczepienna

 

ODPORNOŚĆ populacji na szeroką skalę redukuje rozprzestrzenianie się choroby. Niestety, szczepienie nie równa się odporności. Wytłumaczę w którymś z kolejnych materiałów na czym polega różnica, jeśli nadal jesteście trochę zdezorientowani.

Szczepionki i odporność
Szczepienie nie jest synonimem odporności – dr Michael Bennese

Kolejny popularny argument: „Zanim wprowadzono w Stanach Zjednoczonych szczepionkę przeciwko odrze w roku 1963, 3 do 4 milionów osób rocznie chorowało na odrę, a od 400 do 500 osób w jej konsekwencji zmarło.”

Wspomniałem już o tym wcześniej, ale rok 1963 to było ponad 50 lat temu, wtedy nie mieliśmy nawet pojęcia, jak leczyć odrę. Podobnie było ze szkorbutem, dopóki nie zorientowano się, że jego przyczyną jest niedobór witaminy C.

W przypadku odry wystarczy podać witaminę A i w zasadzie możemy być spokojni. Czy na serio uważacie, że przez te 53 lata nie dokonał  się JAKIKOLWIEK postęp w leczeniu odry? Kto wie, z jakimi jeszcze niedoborami pokarmowymi mieli wtedy ludzie do czynienia, a z którymi  my już nie mamy w ogóle problemów?

Tak naprawdę te 3 do 4 milionów ludzi chorujących na odrę to była dobra rzecz, a oni przedstawiają to w taki sposób, jakby to była jakaś tragedia. Jednak pamiętajcie, ludzie celowo zarażali swoje dzieci odrą, aby do końca życia mieli ją już z głowy.

Te od 3 do 4 milionów osób rocznie, które zachorowały na odrę, żadna z tych osób nigdy później nie musiała się specjalnie przejmować o dawkę przypominającą. W ich przypadku prawdopodobieństwo ponownego zachorowania na odrę wynosi znów blisko zero.

Następnym razem, gdy będzie miała miejsce epidemia odry, sprawdźcie proszę, ile z tych osób zarażonych nie było szczepionych, ale przeszło wcześniej odrę. Najprawdopodobniej liczba tych osób wyniesie zero. I tak będzie za każdym razem. Osoby te nie potrzebują szczepień przypominających co kilka lat, w nadziei że wzmocnią ochronę przed chorobą. Zarazili się raz, przeżyli chorobę i już nie muszą się martwić o zakażenie siebie lub innych. Jest to jednak nieprawdą w przypadku osób szczepionych.

Jeśli mi nie wierzycie, udajcie się na stronę CDC i przekonajcie się, że uznają oni poprzednie epidemie odry za tak skuteczne w zapewnianiu ochrony przed tą chorobą, że jeśli urodziliście się przed 1958 rokiem oznacza to dla nich, że jesteście już na zawsze odporni na odrę.

Autorka nie może się powstrzymać i umieszcza kilka obligatoryjnych, przerażających statystyk wprost od CDC.

„Około 1 na 1.000 dzieci zarażonych odrą może zapaść na Encefalopatię/zapalenie mózgu.”

Próbowałem dotrzeć do źródła, z którego CDC czerpie te dane statystyczne, ale ich artykuły nie mają niestety odnośników do źródeł, więc trochę to utrudnia sprawę. Zazwyczaj dane tego typu pochodzą z Afryki, gdzie powszechne jest niedożywienie, a zwłaszcza niedobór witaminy A stanowi spory problem, choć takie statystyki nie są w ogóle istotne dla krajów rozwiniętych. Proszę mi wybaczyć nie przyjmowania danych od CDC na wiarę. Przecież oni nigdy w tych sprawach wcześniej nie kłamali i zawsze są szczerzy.

Następnie autorka przytacza obowiązkowy casus badania Andrew Wakefielda z 1998 roku.

Nie mogę się nadziwić, jakiego kozła ofiarnego zrobiono z tego w dużej mierze źle zrozumianego artykułu. Chciałbym w przyszłości rozwinąć ten temat, gdyż moje zdanie nań jest szczególnie „niesamowite”.

Powiem tylko tyle: Wielka Brytania ma niezwykle długą historię ruchów przeciwników szczepień, które sięgają XIX wieku, kiedy lansowana szczepionka przeciwko ospie prawdziwej w ogóle się nie sprawdzała. Nie był to pierwszy, ani ostatni raz, kiedy Brytyjczycy otwarcie wyrazili swoje zdanie na ten temat.

Przymus szczepień – historia szczepień obowiązkowych – dr Sherri Tenpenny
Antyszczepionkowa Liga z Leicester

W końcu autorka przyznaje:

„Fakty i edukacja nie pomagają.”

I wszystko jasne. Oni często w artykułach nawiązują do wspomnianych najlepszych prywatnych szkół w Hollywood, a także przy wielu innych sytuacjach twierdzą, że antyszczepionkowi rodzice to zazwyczaj osoby zamożne i wykształcone.

Ciągle to powtarzają. Biedni, którzy nie mają stałego adresu czy sprawnego środka transportu oczywiście ślepo podążają za tym, co nakazuje konsensus medyczny i nawet nie myślą go kwestionować. Dlaczego tak jest? Dlaczego to właśnie ci wykształceni rodzice nie szczepią swoich dzieci?

Nie mówi Wam to niczego?

Nie sugeruje to czasem, że im bardziej badasz ten temat, tym mniejsza szansa na to, że skorzystasz ze szczepień?

Nie wiem. Może tylko ja tak mam. Ja też nie miałem wcześniej problemu ze szczepieniami. Aż do momentu, gdy nie zacząłem się interesować tą tematyką. Im więcej czytałem, tym bardziej dostrzegałem, jaka to jest farsa.

Autorka otwarcie przyznaje, że fakty i edukacja nie pomagają.

Nie, nie pomagają.

Jeśli waszym celem jest zwiększenie liczby rodziców szczepiących swoje dzieci, to proponuję trzymać się z dala od faktów i edukacji, jak to tylko możliwe.

Oto moja niesamowita opinia.

Zobacz na: Przykłady szczepionkowych porażek opisane w literaturze medycznej
Odra i szczepionka przeciw odrze: 14 rzeczy do rozważenia – Roman Bystrianyk
Agammaglobulinemia, odporność i szczepienia – Roman Bystrianyk

 

TED Talks: choroby które warto rozprzestrzeniać

 

„Antyszczepionkowcy” to niedouczona inteligencja – prof. Andrzej Zieliński

Brawo panie Zieliński, tylko normalny, prosty (czytaj) ciemny naród łyka każde kłamstwo płynące od establishmentu naukowego i medycznego, które tworzą nowe choroby, aby cały czas trzymać „swoich klientów” w swoich szponach, a ludzie szukający prawdy i ją znajdujący określani są jako niedouczona inteligencja!

Pin It on Pinterest

Share This

Share this post with your friends!

%d bloggers like this: